W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Można dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej polityce prywatności.

×
Pracownia: +48 (32) 271 19 54 / Salon wystawienniczy: +48 (32) 384 74 61
Pracownia konserwatorska Art-reno. Meble antyczne.
Art-Reno
35 lat doświadczeń na rynku europejskim
Facebook Aukcje Art_Reno na Allegro

O firmie

Rajner Smolorz
Założyciel Pracowni ART-RENO
Pracownia Konserwatorska „ART–RENO” działająca od wielu lat na krajowym i zagranicznym rynku konserwacji mebli, systematycznie powiększa ilość uratowanych przed zniszczeniem zabytków, przywracając im pierwotną świetność. Zespół naszych doświadczonych i wysoko wykwalifikowanych specjalistów wykonuje pełny zakres prac konserwatorskich.

Zajmujemy się również kompleksową konserwacją ołtarzy i wnętrz sakralnych.

Nasza oferta to nie tylko renowacja i sprzedaż antyków - obejmuje także aranżację wnętrz (koncepcja, projekt, realizacja) w wybranej przez Państwa stylistyce.

Wykonujemy stylizowane zabudowy bibliotek, gabinetów, kuchni, wnętrz komercyjnych i użyteczności publicznych, od neogotyckich po neoklasyczne, empirowe, modernistyczne oraz orientalne.

Często współpracujemy też z projektantami wnętrz.

Prowadzimy sprzedaż antyków: w skład naszej szerokiej oferty przedmiotów antycznych wchodzą meble, zegary, obrazy i grafiki i rzeźby, lampy. W „ART – RENO” można znaleźć meble i antyki w stylach: renesansowym, barokowym, Empire, Ludwik XV, Biedermeier, Ludwik Filip, Secesja, Art Deco oraz Eklektyzm.


Salony wystawowe


Serdecznie zapraszamy do odwiedzenia ekspozycji w dwóch naszych siedzibach, gdzie można obejrzeć antyki, które mamy w sprzedaży:

Salony wystawiennicze mebli antycznych pracowni Art-Reno

Muzeum narzędzi


Korzystając z starych technik artystycznych pragniemy zachować elementy historii zbierając narzędzia, przedmioty używane przez naszych przodków w stolarstwie, snycerstwie, tokarstwie i wielu innych często już zapomnianych zawodach.

Eksponaty można zobaczyć w Kompleksie Zamkowym w Muzeum Rzemiosła Artystycznego i dawnej sztuki użytkowej.

Fragment wywiadu z Rajnerem Smolorzem


Wywiad opublikowano w czasopiśmie "Prestiż"

Mistrzu, niektórzy twierdzą, że konserwacja czy restauracja zabytkowych przedmiotów i obiektów to tajemna wiedza. Ile w tym prawdy, ile magii sztuki i sztuki prawdziwej, ile rzeczywistości?

W samym pojęciu mebla antycznego czy zabytkowego obiektu już można doszukać się tajemnicy. Tajemnicy czasu, z którego pochodzi, czasu, który się odtwarza, trendów i mód w nim wtedy obowiązujących, a przenoszonych we współczesność – a także tajemnicy mentalności ludzi, rzemieślników i artystów związanych z epoką, w której tworzyli swe dzieła. Doszukanie się w tej mozaice właściwej prawdy jest sztuką samą w sobie i dopiero jej poznanie gwarantuje rzetelność odtworzenia, o którą zabiega dzisiejszy konserwator. Czasy się zmieniają, wartości użytkowe przedmiotów również: zmieniają się ich formy i kształty – tak jak przemijają ludzie, ale sens naszej pracy polega na tym, aby je zachować bez współczesnych akcentów, w „oryginale”. Ot, cała tajemnica, prawie cała, bo...

...bo Mistrza poznaje się po dziele?

Nie każdemu jest pisane mistrzostwo przez duże M, mimo fenomenalnych zdolności.

Czego potrzeba więcej?

Pasji. To słowo zamyka krąg uzdolnień, wiedzy, cierpliwości i pracy w tym zawodzie, dziś już unikatowym, a jakże pięknym i satysfakcjonującym, pasjonującym...

Dlatego mówi się o Panu jako o człowieku z pasją.

Gdyby nie ona, nieokiełzana namiętność i wrażliwość formy, nie tkwiłbym w konserwacji obiektów zabytkowych i mebli wnętrz ponad dwadzieścia kilka lat, w zawodzie w którym czuję się jak ryba w wodzie i muszę przyznać nieskromnie – odnoszę sukcesy.

W tej branży liczą się nieliczni?

A to dlatego, że w niej nie chodzi tylko o tzw. kasę, czy przede wszystkim o „robienie kasy”. Tu liczy się serce w praktyce. Dosłownie. Ja przecież nie od razu odkryłem swe artystyczne zdolności. Nie od razu zostałem mistrzem snycerstwa, intarsji, stolarstwa. Miłość w zawodzie poznaje się dopiero w trakcie jego uprawiania, tak jak niekiedy w małżeństwie, które nie zawsze jest przecież miłością od pierwszego wejrzenia. Przyjemność odkryta w zamiłowaniu do formy, do architektury jest czasem tak pociągająca, że zamienia się w życiową pasję, od której nie da się chyba już odejść...

..., zwłaszcza że dziś jest Pan też menedżerem i producentem, także z pasją?

Jeśli ludzie tak to odbierają, to więcej jak dobrze, bo chcą współpracować, spodziewając się wspólnego sukcesu.

Sukces ma czasem wielu ojców, ale przecież Pan jest typowym jedynakiem – samoukiem w nietypowej branży!

Powiedzieć, że dochodziłem do niego na luzie – to za mało, że ciężką pracą – to za dużo. Niemniej faktem jest, ze umiejętności zawodowe nabywane z biegiem lat, wchłaniana literatura, przyswajanie języków obcych – to schody, które niejednokrotnie przeskakiwałem w biegu po kilka naraz, aby zdążyć przed czasem.

A może i przed innymi, przed konkurencją?

Ambicja stworzenia pracowni na europejskim poziomie popychała mnie do wysiłku odskoczenia od znanych mi zawodników na kilka długości.

Pańskimi klientami są znawcy, którzy szukają np. „duszy” w restaurowanym meblu?

Różnie z tym bywa, są i indolenci, różne są także motywy jednych i drugich. Klient zawsze jest jednak „naszym panem” i należy go traktować co najmniej z wyrozumiałością. Jeśli zaś pojawi się już rodzynek z wiedzą, to przyjemności są po obu stronach. Środowisko fachowców rozpoznaje się wzajemnie po owocach swej pracy i nie znosi dyletantów, o hochsztaplerach nie wspominając, nie musi więc prawić sobie wzajemnych komplementów. Zna się doskonale, w kraju i na świecie. Trudno więc w tym biznesie o nieoczekiwane niespodzianki.

Pańska droga do dzisiejszej pozycji nie była jednak usłana różami.

Niezupełnie. Sam przecież zawiesiłem studia i wyjechałem za granicę, gdzie w branży przepracowałem dobrych parę lat. Tam też poczułem wiatr w plecy. Tzw. Zachód, cokolwiek by o nim myśleć i mówić, dodawał europejskiego szlifu i podstawy do innego podejścia do pracy, do zawodu, który, jak się okazało, miał być moim wymarzonym – tym wyśnionym i ukochanym.

A jednak wrócił Pan do kraju.

W tym właśnie rzecz i sedno sukcesu. Polska bowiem okazała się tym moim miejscem na ziemi. Po powrocie z zagranicy uzupełniałem wiedzę poprzez zdobywanie kolejnych stopni wtajemniczenia, przeszedłem poprzez poznańskie kursy rzemiosła, podyplomowe zielonogórskie, ale już z uprawnieniami konserwatora, bez których pozyskiwanie zleceń z instytucji państwowych czy społecznych było w tamtych czasach, a były to lata 1985-86, tylko marzeniem.

Kursy i uprawnienia w tym zawodzie to jednak nie wszystko.

Rzeczywiście, nie wszystko. Musiałem zdobywać wiedzę fachowa w drodze żmudnych poszukiwań, źródeł przedmiotowych i stosownej literatury. Kiedy wystartowałem do konkursu rzeczoznawcy i przedstawiłem swe praktyczne osiągnięcia, zdumienie krajowego generalnego konserwatora było tak duże, że zjechała odpowiednia komisja, zawodowców z prawdziwego zdarzenia, aby przyjrzeć się Smolorzowi bliżej, czy aby ten „śląski synek” nie nadużywa zaufania do „papierów”, którymi się przedstawia. Ba, czy nie jest hochsztaplerem światowej klasy. Ministerstwo zachodziło w głowę – skąd, gdzie, po co?

A w Pana odczuciu eksperci mieli już do czynienia z pierwszą ligą. Czyż nie tak?

Każdemu artyście, nawet najskromniejszemu chodzi o image, kiedy jednak jest pewny swego, to omijają go rozczarowania.

I to był ten milowy krok w karierze?

Raczej kroczek, gdyż w owym czasie nie istniał jeszcze w Polsce na studiach wyższych na wydziałach konserwacji zabytków kierunek meblarski. Dziś z całą znajomością rzeczy i odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że kolekcjonerstwo meblarstwa było wtedy co najmniej zaniedbywane. Prawdziwy biznes kręcił się wokół grafiki, malarstwa, brązu, porcelany i rzeźby. Meblarstwo kulało. W swej pracy musiałem podpierać się literaturą. Moje zbiory sięgnęły 6000 wolumenów, w różnych językach, na których bazuję do dzisiaj. Ta biblioteka, której zazdroszczą wysublimowani artyści w zawodzie, jest moim oczkiem w głowie. Znaleźć w niej można o meblarstwie właściwie wszystko. Jest to zbiór, na którym opieram swoje doświadczenie, zbiór europejskiej ebenistyki, fachowej literatury na temat wnętrz, meblarstwa i całej ich historii. Nasze polskie źródła na ten temat są ograniczone i sprowadzają się właściwie do kilku opracowań Gotwickiej, Maszkowskiej, Siennickiego, Setkowicza, Swaczyny, Betlejewskiej. Nawet „Z dziejów polskiego meblarstwa okresu Oświecenia” autorstwa Bożeny Maszkowskiej, jakkolwiek jest to poważna poważna praca naukowa, stanowi zaledwie szczątkowe informacje dla potrzeb konserwatorskich. Dlatego moje zbiory są nieocenione nie tylko dla fachowców, ale i dla szerszego kręgu zainteresowanych pogłębianiem ogólnej, arcyciekawej wiedzy związane z meblarstwem europejskim. Można w nich znaleźć prawie wszystko o ebenistach danego okresu, dowiedzieć się o snycerstwie, inkrustacji, intarsji. Na tyle, aby nie czuć się zagubionym w tym cudownym świecie.

Pańska obszerna wiedza w tych dziedzinach, zdobyta indywidualnym tokiem samodzielnego dokształcania się, może powalić autorytet niejednego profesora.

Na pewno nie na kolana, ale specjalistów z dziedziny, którą uprawiam, można policzyć na palcach.

Jednej czy obu rąk? Gdyby Panu okazano do ekspertyzy wyjątkowy antyk...?

Rozpoznałbym go i ocenił z pewnością do 99 proc. - i z okresu, i z proweniencji.

Z proweniencją jest pewnie więcej kłopotów.

Istotnie, w ciągu lat działało wiele pracowni mistrzów, ale i pomniejszych twórców, pojawiały się więc i prace niedoścignione w swej mistrzowskiej klasie, ale i prace uczniów. Dlatego przy ocenie obiektu trzeba sięgnąć do wszystkich znanych sobie arkanów sztuki i wiedzy, gdyż pomyłka grozi...

...zdetronizowaniem Mistrza?

Nie wypada zaprzeczać, choć zawsze można się bronić. Trudne do oceny są prace z okresów przejściowych. Już, dla przykładu, zaczynał się klasycyzm, a nauczyciele jeszcze byli przyzwyczajeni do baroku. Rzemieślnik tego okresu pod okiem i wpływem swej kadry utrzymywał formy barokowe, ale z klasycystycznymi dekoracjami. Dlatego zdarza się, że meble trzymają się kształtu baroku, ale z nowymi formami dekoracji.

Pańska pracownia zachwyca i zdumiewa, rozmiarem i bogactwem form oraz liczbą eksponatów, oczarowuje i stawia pytania. Gabinety, biblioteki, biurka, komody, konsole, lustra, kredensy, sekretery – setki, jeśli nie tysiące eksponatów! Czy jest Pan numerem „jeden” w branży?

Na takie pytanie nie ma właściwej odpowiedzi, z kilku powodów. Niemniej w Polsce, jak sądzę, jestem jednym z większych.

Skromność to też zaleta tuzów, a fakty są takie, jakie są. Pańska Pracownia „ART-RENO” działająca od kilkunastu lat na krajowym i zagranicznym rynku konserwacji mebli, daleko w tyle pozostawiła konkurentów, systematycznie powiększając liczbę uratowanych przed zniszczeniem zabytków, przywracając im pierwotną świetność. Ale przecież zajmuje się nie tylko konserwacją.

W tej branży nie sposób zajmować się tylko konserwacją. Od wielu już lat dotarłem do poziomu, który pozwala na zajęcie się równie trudną sztuką reprodukcji, która polega na tym, aby nowy obiekt dorównywał oryginałowi, a nawet był lepszy.

Nie rozmawiamy przypadkiem o falsyfikatach?

Między falsyfikatem a reprodukcją istnieje duża przestrzeń. Można ja zatuszować, wykonując replikę ze starych materiałów. Proceder falsyfikacji istnieje nie od dziś, niestety, na całym świecie. U nas, w kraju, bronimy się sygnowaniem kopii, jakkolwiek nie jesteśmy w stanie śledzić ich dalszych losów. Są one bez wątpienia łakomym kąskiem w obrocie międzynarodowych grup przestępczych, które na bazie doskonałości replik tworzą fortuny. Przykre to zjawisko w sztuce, ale jak się okazuje, prawdziwe do bólu.

Niemniej rynek antykwaryczny jest w dobrej formie.

O nie, dziś antykwariusze i konserwatorzy w Polsce, w porównaniu do złotych czasów po 1989 roku, klepią biedę...

Chyba przysłowiową?

Może nie jest to ubóstwo, ale nawet takie jak moje pracownie sięgnęły zdecydowanie po uruchomianie innych kierunków, stricte produkcyjnych. Ja, jako że nie chciałem wyjść poza artystyczną branżę, zdecydowałem się na kompleksowe wyposażenie i rekonstrukcję wnętrz w różnych stylach oraz ich aranżację w całościowym ujęciu, tj. Koncepcję, projekt i realizację w wybranej stylistyce. Tworzone na indywidualne zamówienia zabudowy neobarokowe, neoklasycystyczne czy neobarokowe i neorenesansowe meble, wspaniałe gabinety wykonane tradycyjnymi metodami, ale ręcznie, prostymi narzędziami z oryginalnych surowców, kryją niekiedy i niespodzianki, jak za lat swoich pierwowzorów. Tajemne przejścia i skrytki, zakamuflowane mechanizmy osłaniające tajemnice alkowy dostarczają przeżyć, które trudno znaleźć w seryjnej produkcyjnej sztampie. Przez ostatnie dziesięć lat wykonałem na rynki zachodnie 25 takich obiektów, w kraju około 7-8, ale w każdym z nich zabiegałem o ich „duszę”. Czuję się niewolnikiem formy antycznej.

O duszę, czyli o co?

Nie sztuką jest konserwować obiekt niszcząc jego powierzchnię przy odświeżaniu. Tylko znawcy wiedzą, o co chodzi w tej profesji, a chodzi o konserwację zachowawczą ze starymi śladami i patyną, chodzi o zachowanie duszy obiektu.

Konserwować duszę? Czy nie za dużo w tym magii?

To rzeczywiście słaby punkt w edukacji i nie za bardzo można doczytać się o niej w uznanych publikacjach, ale ona istnieje w praktyce konserwatorskiej. Dusza to ta patyna, ten czas zamknięty w odtwarzanym czy konserwowanym obiekcie, te – czasem – setki lat używalności, i te wszystkie historie, które obiekt pamięta. Czy to nie nadzwyczajne? Nasi muzealnicy na szczęście czują te tematy i konserwacja ma tam zachowawczy charakter.

Istnieją pewne różne szkoły w tej materii?

W zasadzie dwie. Albo się dobiera idealnie brakujące kawałki i reperuje uszkodzenia, albo dopasowuje drewnopodobne z odpowiednim uwypukleniem wstawek. I tylko te dwie szkoły są do zaakceptowania. Antyk bez zachowanej na nim patyny jest nadal obiektem zabytkowym, ale o zubożałej spuściźnie historycznej, a niestety, u nas nie edukuje się w tej materii, a przynajmniej zaniedbuje restaurację oraz – takie odnoszę wrażenie – kolekcjonerstwo.

Co jest zatem antykiem w Pańskiej interpretacji?

W szerszym, potocznym ujęciu to spuścizna po poprzednich pokoleniach, przedmioty i rzeczy po naszych pradziadach. Nie wszystko, co stare, jest jednak zabytkiem. Antyk to przedmiot wykonany przez rzemieślników, świetnych artystów, gdzie zachowuje się przekaz okresu, trendów, rękodzielnictwa oraz formy. Byle jaka skrzynia sprzed lat, zbita z kilku desek gdzieś na prowincji w XVIII wieku nie może przecież mieć...

...duszy?

Bo dusza nie ma definicji. Zabytkowy obiekt ją ma, albo nie – i na tym polega jego uroda. A jeśli już antyk ma duszę, to należy ją zachować dla przyszłych pokoleń, bo także na tym polega zadanie konserwatorów.

Wspomnieliśmy w tej rozmowie o szkołach w konserwacji jako metodach, ale czy nie kusi Pana taki ogólny design dla Pańskiej działalności: „Szkoła Mistrza Rajnera”, Rajnera Smolorza? Historia uczy, że mistrzostwo wymaga uczniów. Czy, za wzorem słynnych i zasłużonych dla światowej kultury i sztuki mistrzów o uznanych nazwiskach, nie nadszedł już czas na taką szkołę?

Ona już jest. Od dwudziestu lat kształcę doborową kadrę rzemieślników-artystów, którzy np. W rękodziele są w stanie wykonać każdy przedmiot na najwyższym poziomie. Cyzelowanie brązu, inkrustacja, intarsja, rzeźba to dziedziny opanowane przez nich do doskonałości. Co więcej, kupując ruiny starego zamczyska w Tarnowicach Starych na Śląsku, nosiłem się z zamiarem utworzenia „Letnich Warsztatów Artystycznych” dla młodych adeptów sztuk wyzwolonych ze wskazanie np. Na naukę snycerstwa, intarsji i pozłotnictwa. W ramach tego rodzaju zajęć myślałem też o tzw. trudnej młodzieży, niejednokrotnie szalenie uzdolnionej, a akurat z różnych powodów zagubionej i niedocenianej.

Zamek i jego podgrodzie w Pańskim projekcie to prawie bajkowa historia, wymaga więc osobnego rozdziału w tym wywiadzie, ale dokończmy sprawę „Szkoły Mistrza Rajnera”, bo doprowadzona do perfekcji praca przy takim czy innym dziele to jedno, a podpisywanie jej signum Rajnera Smolorza to – druga strona tego samego medalu.

Już od dłuższego czasu poważniejsze prace – a sądzę, że tak ad hoc nie pomylę się w ocenie, jeśli doliczę się kilku tysięcy – sygnuję pieczęcią, która jest charakteryzującym je znakiem rozpoznawczym. Trudno bowiem byłoby „ocechować” znakiem firmowym te pozostałe parutysięczne, które przeszły przez moje ręce. Generalnie w konserwowanym dziele można rozpoznać charakter szkoły, mimo że obowiązują receptury, od których nie da się zbyt daleko uciec dla dobra przedmiotu, ale już w naszych całościowych produkcjach ogólną projekcję – aby nie powiedzieć, rękę Mistrza – widać „jak na dłoni”.

Znany jest Pan ze swego społecznikowskiego podejścia do życia. Czy znakiem tego spojrzenia jest, jak fama głosi, chęć przekształcenia firmy w spółkę akcyjną z rozpisaniem akcji dla swych uczniów-pracowników? Byłby to gest potwierdzający, że Mistrz i szkoła to jedno?

Noszę się z takim zamiarem. Umiejętności zawodowe moich pracowników są na takim poziomie, że każdy z nich mógłby założyć samodzielną firmę, a za granicą znalazłby pracę w renomowanych pracowniach z pocałowaniem ręki, dlatego choćby z tych oczywistych powodów dbam o nich jak przystoi Mistrzowi opiekującemu się swoimi uczniami. Ich utrata byłaby niepowetowaną stratą dla polskiego konserwatorstwa i kolekcjonerstwa, gdyż są doskonale przygotowani do przekazywania swej zawodowej wiedzy następcom w tej trudnej, ale absorbującej pracy. My, w Polsce, nie możemy powtórzyć błędów europejskich krajów, gdzie rzemieślników trzeba dziś szukać ze świecą, o szewcach nie wspominając. Dochodzenie do świetności w tym zawodzie – ta mozolna, czasami żmudna „dłubanina” - studzi nieco zapał początkujących w profesji, ale sztuka ta po latach odwzajemnia się jej adeptom swą satysfakcją. Gdy się już wie, jak chwycić za dłuto, właściwie spojrzeć na, wydawałoby się zwykły kawałek drewna, i wie , jak go ułożyć, jak przyciąć – to frajdę z tej wiedzy można przyrównać do... narkotyku. Dobór odpowiedniego materiału to też wyższa szkoła jazdy. Współczesna technologia i chemia przychodzi oczywiście w sukurs tym pracom, ale, ale ręka i oko plus wiedza – przede wszystkim. Reasumując, jesteśmy znani w świecie, a w Europie szczególnie, dlatego dbałość o polską szkołę, o podtrzymywanie tradycji konserwatorstwa, uważam za swój obowiązek, zwłaszcza że np. w Europie Zachodniej pracowni tej miary co w Polsce, jest niewiele. Z reguły są to małe warsztaty ze względu na duże koszty utrzymania, bo wbrew powszechnej opinii, konserwacja zabytków jest mało dochodowym „interesem”, a już z pewnością nie jest to wielki biznes.

Dlatego Pańska pracownia jest wszechstronna.

Są pewne nisze do zagospodarowania, choćby konserwacja obiektów sakralnych, i na tym polu, i na tym polu, przyznaję, także odnosimy sukcesy. Wielkie sprawy, wielkie rekonstrukcje i wielka satysfakcja. Ostatnia z nich to rekonstrukcja we Wrocławiu obok katedry w kościele Michała Archanioła, całkowita rekonstrukcja prezbiterium z ołtarzem neogotyckim wysokim na 16m, obrazy, rzeźby, wszystko. Dech zapiera.

A Wilanów?

No tak, korpusy karoc Jana III Sobieskiego.

Król Sobieski jest Panu szczególnie bliski, prawda?

Zaprzyjaźniłem się wielce z Jego Wysokością podczas grania z nim w teatrze...

O tym może za chwilę, ale porozmawiajmy o malarstwie sztalugowym.

To wysoka szkoła jazdy. W kraju mamy świetnych specjalistów, dobre szkoły i bez właściwych studiów na tym polu, jest się bez szans, dlatego omijam je w swojej działalności. Amatorstwo w tej dziedzinie doprowadziłoby do niszczenia dzieł sztuki.

Wychodzi Pan z założenia, że dobry obraz jęczałby z bólu przy konserwacji przez kiepską rękę?

Jestem tego pewien.

Zajmuje się Pan meblami, a meble dobrych ebenistów osiągają dziś kolosalne ceny. Po kilkaset tysięcy euro.

Dzisiaj dobry mebel jest ceniony w świecie i hołubiony, a w kraju też już doceniany, chociaż znacznie przetrzebiony. Dwadzieścia lat temu Niemcy i Holendrzy wywozili co lepsze obiekty bez większych przeszkód, bo po wojnie ceniono u nas malarstwo, srebro, porcelanę czy szkło w dobrym wydaniu, a mebel był trochę ubogim, niedowartościowanym krewnym. Obecnie na rynku jest go brak. Poszukujemy więc wartościowych mebli na zagranicznych aukcjach i z powrotem sprowadzamy do kraju.

Handel antykami, meblami z historią na większą skalę – to jeszcze dobry interes?

W międzynarodowej skali zastopowały go terrorystyczne ataki zapoczątkowane 11 września. Aż trudno uwierzyć, jak tego rodzaju wydarzenia mogły hossę zamienić w rynkową bessę, a jednak to najprawdziwsza z prawd. Swego czasu przywoziłem do Polski jednorazowo miesięcznie do 50 mebli do konserwacji i żyło nam się zacnie. Zamach 11 września cały dotychczasowy rynek antykwaryczny zburzył wraz z wieżami. Amerykanie przestali jeździć do Europy, a przecież pierwszoplanowym centrum handlowym w tym interesie jest Nowy Jork, handel z Francuzami, Holendrami, Niemcami, Belgami osłabł i podnieść się nie może. Właściwie, sprawa na poważniejszą skalę chyba zakończyła się bezpowrotnie.

Czy dlatego zdecydował się Pan zająć, niejako w uzupełnieniu tej luki, także wyposażaniem wnętrz hotelowych i architekturą ogrodową?

Gdzie Rzym, gdzie Krym – można by odpowiedzieć, ale dobrze prowadzone gospodarstwo jest jak stół na solidnych nogach. Gdy kuleje, to i potrawy mniej smakują.

A więc Mistrz jest też menedżerem! Czy dlatego pozwala odnaleźć się w męskim zawodzie... artystycznie uzdolnionym kobietom?

Kobieca ręka i szczególne predyspozycje pań lepiej sprawdzają się w pewnych specjalnościach, zwłaszcza tam, gdzie króluje cierpliwość i solidność. np. w pozłotnictwie czy politurowaniu. W lustrzanej powierzchni nietrudno np. odróżnić płeć artystki zniewolonej mozołem swej pracy,a jednak doprowadzonej do doskonałości. Poza tym, tyle się mówi o równouprawnieniu...

Rozluźniliśmy się chyba nieco w tym wywiadzie, może dlatego, że rozmawiamy wygodnie usadowieni w, bodajże meblach „kolonialnych”? Specjalizuje się Pan w nich?

W większości są to kopie mebli angielskich z późnego okresu gregoriańskiego według projektów Thomasa Chippendale'a i Georgesa Hepplewhite'a, stanowiących kanon sztuki meblarskiej, ale oczywiście nie tylko, gdyż kształty mebli inspirowane są także motywami zaczerpniętymi z form barokowych, gotyckich i innych, nawet chińskich. Ich walory estetyczne idą w parze z użytkowymi, gdyż współczesny rynek nie wybaczyłby braku tej symbiozy.

Z Pańską znajomością rzeczy trudno pewnie o niespodzianki w tym zawodzie.

W zawodzie raczej nie, ale w meblach tak. Meble i ich swoiste smaczki intrygują. Niejednokrotnie znajdowaliśmy w nich przedziwne skrytki. Zakamuflowane przed nieprofesjonalistą – nie do odnalezienia przez przypadkowego użytkownika. Mam np. znalezione w sekreterze dokumenty, w oparciu o które można odtworzyć życie gospodarcze epoki, z której pochodzi mebel, mam pieniądze, listy, także intymne, przeróżne ciekawe precjoza.

Wkraczamy w coraz bardziej nieznane światy okryte aurą tajemnicy, może więc Mistrz zechciałby odkryć nieco więcej kart, bo jak wieść gminna niesie, jest Mistrz Panem na Zamczysku w Starych Tarnowicach na Śląsku.

W każdym razie już nie na jego ruinach, ale o tym i o innych planach porozmawiajmy może u Wrochema, w gospodzie jego imienia, bo był to Pan nad Pany, Rycerz nad Rycerzami, szanowany na Śląsku wielce i znany nie tylko ze swych miłosnych przygód. A są to historie nie z tej ziemi, zapewniam. Zapraszam przeto.